Magia Istnienia | Aktualności | Szkolenia | Lektury | Reiki | Twoja Mądrość | Buddyzm | Eseje | Tarot | Magia Drzew | Duchy Natury | Biała Magia | Magia Księżyca | Kamienie szlachetne

| Poezja | Agora poetycka | Poezja Miłosna | O mnie | Rekomendacje

 

Obraz Josephine Wall "Lilac dreams" http://www.josephinewall.co.uk

Spis esejów:

Życie

Potęga słowa

Jam jest!

Życie

O wschodzie słońca rozpoczynasz wędrówkę. Przed Tobą prosta ścieżka, jasna i szeroka. Dookoła kwitną róże i jaśminy. Pachną urzekająco, więc przystajesz czasem na chwilę, by zanurzyć się w tym zapachu po brzegi. Za pierwszym zakrętem droga się zwęża i rozdziela na kilka wydeptanych szlaków. Który wybrać? Może ten najszerszy? Wydaje się być najwygodniejszy. Wspinasz się w górę powoli bez pośpiechu. Słońce jeszcze nie sięgnęło zenitu, masz dużo czasu. Serce  bije radośnie w oczekiwaniu przygody.

Napotykasz pierwszy strumień. Ktoś, idący przed Tobą, przerzucił pień drzewa w poprzek wody, więc balansując przebiegasz na drugą stronę. Tam napotykasz inne kwiaty, inne rośliny, oglądasz je z zachwytem. Ścieżka staje się bardziej kamienista i najeżona wystającymi z podłoża korzeniami. Potykasz się i boleśnie rozbijasz kolano. Ale to nic. Za chwilę ból minie, a przed Tobą jeszcze szmat drogi do celu.

Do celu? No właśnie. Po raz pierwszy zastanawiasz się dokąd właściwie zmierzasz. Idziesz krętą górską serpentyną, cały czas wyżej i wyżej. Wiesz dobrze, że gdzieś na końcu tej drogi jest szczyt, do którego dążysz. Jeszcze go nie widać, zasłaniają go drzewa i skały rozsiane wokół ścieżki. Ale wiesz dobrze, że on tam jest, bo przecież inni szli przed Tobą. A może nie?

Dochodzisz do skrzyżowania. Drogi rozwidlają się we wszystkich kierunkach. Nie wiesz, którędy pójść. Siadasz na zwalonym przez wichry pniu drzewa i zastanawiasz się, co robić. W mięśniach czujesz pierwsze zmęczenie. Rozcierasz obolałe kolano. Zza skały wychodzi młody uśmiechnięty podróżnik. Zagaduje wesoło i zabiera cię ze sobą w dalszą wędrówkę. Cały czas mówi do ciebie i przekonuje, że doskonale zna najlepszą drogę na szczyt, ale już po chwili orientujesz się, że wybrana przez niego ścieżka schodzi łagodnie w dół zamiast piąć się w górę. Poza tym nie podoba ci się jego chełpliwość i to, że tak dużo i głośno mówi. Wolisz słuchać śpiewu ptaków i cichego szmeru strumyka. Na najbliższym rozwidleniu żegnasz się z nim mimo jego głośnych protestów i pogróżek, że zabłądzisz.

Przez chwilę się zastanawiasz, co robić i ruszasz najbardziej stromą ścieżką w górę. Za pierwszą skałą spotykasz wędrowca ubranego w specjalny alpinistyczny strój. W milczeniu kiwa ci głową i z powagą pokazuje kierunek na szczyt. Takiej osobie możesz zapewne ufać, więc nie zastanawiając się ani chwili, dziękujesz mu i ruszasz do przodu. Po kilku krokach droga się kończy, a przed tobą otwiera się przepaść. Skręcasz w lewo, potem z powrotem w prawo i z przerażeniem stwierdzasz, że kręcisz się w kółko po leśnym gąszczu. Siadasz na pniu ściętego drzewa i rozglądasz dookoła.

Straciłeś sporo czasu. Słońce stoi wysoko, a do szczytu jeszcze daleko. Wysilasz swój umysł i próbujesz przypomnieć sobie, czego uczyli Cię inni. Jak rozpoznać, gdzie jest północ, a gdzie południe. Odnajdujesz mech porastający pnie drzew, mrowisko, charakterystycznie ukształtowane gałęzie i wyciągasz wnioski. Spiesznie ruszasz w drogę i za pierwszym zakrętem wpadasz w grząskie błoto, które wciąga Cię w głąb. Wołasz o pomoc i po chwili jakiś człowiek podaje Ci rękę. Dziękujesz mu wylewnie i szybko odchodzisz, nie słuchając jego rad, bo nie chcesz już słuchać nikogo. Ludzie wprowadzają Cię w błąd, a Ty nie możesz sobie na to pozwolić. Przez chwilę obserwujesz kołyszącego się na gałązce ptaka, potem mijasz kolejnego wędrowca, pozdrawiasz go i udajesz, że nie słyszysz jego pytań o drogę. Sam przecież nie jesteś niczego pewny.

Ignorując napotykanych po drodze ludzi, zaczynasz się obawiać, że zabłądziłeś. Kluczysz w leśnej gęstwinie z trudem odnajdując ślady ścieżki. Przechodzisz wpław kolejny strumień, kalecząc dłonie o twarde kamienie. Brudny, głodny i zmęczony siadasz na pierwszym napotkanym pniaku. Masz już dosyć tej całej wycieczki i zastanawiasz się czy nie wracać do domu. Ale którędy? Z pewnością w dół, ale chyba musisz znaleźć inną drogę, niż ta którą szedłeś. Jesteś zły i zniechęcony. Tymczasem ktoś delikatnie dotyka twego ramienia, a na kolanach kładzie soczyste jabłko i kawałek chleba. Podnosisz głowę i napotykasz jasne dobre oczy starego człowieka. To spojrzenie pełne spokoju dodaje ci otuchy. Zjadasz posiłek i z pełnym zaufaniem prosisz starca o radę. Droga przez niego wskazana jest szeroka, wygodna i łagodnymi zakolami wspina się w górę. Z radością pniesz się wzwyż, nucąc pod nosem ulubioną piosenkę. Pełen nowych sił chciałbyś iść szybciej, ale boisz się zboczyć ze ścieżki.

Złota kula słońca opada w dół. Wiesz, że czasu masz coraz mniej i zaczynasz biec, nie dostrzegając rosnących wokół dzikich orchidei rozpościerających bajecznie kolorowe liście. Zatrzymują cię dwie młode dziewczyny i proszą o pokazanie drogi na szczyt. Dzięki starcowi ty już wiesz, jak iść i chętnie udzielasz wyjaśnień. Jednak dziewczyny idą z Tobą zaledwie parę chwil, potem skręcają w stromo wznoszącą się nad urwiskiem serpentynę. Krzyczysz, żeby je zatrzymać, nawet biegniesz za nimi parę kroków. Na darmo. Śmieją się z ciebie i znikają w leśnym gąszczu. Po chwili masz wrażenie, że słyszysz ich rozpaczliwe krzyki, ale może to tylko twoja fantazja?

Wracasz na swój szlak. Za kolejnym zakrętem napotykasz kolejny strumień. Jest zbyt głęboki, by go przejść wpław. Schodzisz ze ścieżki, aby z głębi lasu przyciągnąć ciężki konar i przerzucić go nad wodą. Zmęczony i podrapany przez twarde gałęzie przechodzisz suchą nogą na drugi brzeg. Konar znaleziony przez ciebie posłuży jako most także innym wędrowcom i ta świadomość na krótko sprawia Ci radość. Za potężną skałą, którą z trudem pokonujesz znajdujesz pieczarę, a u jej wejścia siedzącego  w lotosie jogina. Składasz mu pokłon pełen szacunku i prosisz o radę. Jogin podnosi na ciebie nieobecne oczy i w milczeniu wskazuje skalną ścianę. Nie rozumiesz tej odpowiedzi. Oglądasz skałę w skupieniu i dopiero po dłuższej chwili dostrzegasz wyżłobiony  w kamieniu stopień, a obok następny. Chcesz podziękować za radę, ale... jogin zniknął.

Rozpoczynasz mozolną wspinaczkę po skale. To najtrudniejszy odcinek całej twojej drogi. Bolą cię mięśnie, pieką cię oczy, pot zalewa czoło, a palce zostawiają na wąskich szczelinach krwawe ślady. Siły cię opuszczają. Wiesz, że nie dotrzesz już do celu i w pewnej chwili oglądasz się z rozpaczą za siebie. Nie możesz iść do przodu, nie możesz zawrócić. W ostatnim westchnieniu prosisz Anioła Stróża o pomoc i w tym momencie z cichym łopotem skrzydeł twój najwierniejszy opiekun zabiera cię ze skały i zanosi na prostą nieznaną ci ścieżkę.

Resztką sił pomału idziesz przed siebie, z żalem spoglądając na zachodzące słońce. Kogoś mijasz, ktoś ciebie wyprzedza. W milczeniu podajesz dłoń potrzebującemu pomocy, ale nikomu nie pokazujesz drogi, bo tak naprawdę nie wiesz gdzie jesteś i dokąd idziesz. Czujesz tylko wielkie zmęczenie. Przewracasz się na oślizłym korzeniu, ale bez słowa skargi podnosisz się i nie otrzepując z kurzu spodni podążasz dalej.

Na kolejnym rozstaju stoi grupka energicznych młodych osób. Przekrzykując się nawzajem pokazują sobie różne kierunki. Każdy jest pewny swojej racji. Przyglądając im się ze zmęczeniem, zauważasz obok siebie młodą osobę o długich jasnych włosach. Patrzy na ciebie z delikatnym uśmiechem, a jej oczy są tak samo jasne i spokojne jak oczy starca, który pokazał ci najlepszą drogę. Dziewczyna prowadzi cię w leśny gąszcz, gdzie u stóp skały pokazuje ci źródło. Pijesz kryształowo czystą wodę i czujesz, jak z każdym łykiem wstępują w ciebie świeże siły. Unosisz głowę z nową nadzieją. Słońca już nie widać, ale jest jeszcze jasno, a niebo rozświetlają purpurowo zabarwione chmury. Spoglądasz na swoją przewodniczkę, może ona doprowadzi cię do celu? Dziewczyna z uśmiechem potrząsa głową i pokazuje palcem na twoje serce. To tutaj jest prawda i jedyny drogowskaz. Zamykasz oczy i przez chwilę próbujesz usłyszeć swój wewnętrzny głos. Kiedy otwierasz oczy, dziewczyny już nie ma obok ciebie. Czy to był Anioł, czy mądra podróżniczka — nie wiesz, ale zachowujesz w sercu wdzięczność dla niej, bo teraz już wiesz, że dotrzesz do celu. Nawet jeśli zmrok zapadnie, pojawią się gwiazdy, by oświetlić ci drogę, a ty przecież jesteś już bardzo blisko. Najważniejsze, że odnalazłeś właściwy kierunek i już wiesz, że nie zabłądzisz. Wsłuchany w cichy rytm własnego serca ruszasz przed siebie, bezbłędnie odnajdując wygodny szlak między pachnącymi krzewami jaśminu.

Potęga słowa

Na początku było słowo” – ten biblijny cytat zna każdy, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, ile magii ów zwrot odsłania. Słowo ma niezwykłą moc, moc niejednokrotnie sprawczą. Na pewno zdarzyło nam się w życiu doświadczyć jego negatywnej siły. Chyba nikt nie ma wątpliwości, jak bardzo słowo złe lub powiedziane w niewłaściwym momencie może człowieka zranić i skrzywdzić. Przysłowia, będące wszak mądrością narodów, stwierdzają, że „słowo wylatuje jaskółką a powraca wołem”, że „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Wiele kłótni zaczyna się od jakiegoś nieprzemyślanego słowa, żartu, powiedzenia. Kiedy rozmawiamy z kimś, na kim bardzo nam zależy starannie dobieramy wszystkie wyrazy, uważnie kształtujemy wypowiedź, aby wypaść jak najlepiej, aby nie urazić tej osoby lub się nie ośmieszyć. Mniej wymowni zazdroszczą elokwentnym zasobu słów i łatwości komponowania wypowiedzi.

Kiedy sięgniemy do historii, musimy prędzej czy później spotkać najbardziej chyba jaskrawy przykład potęgi wypowiadanych wyrazów, czyli klątwy. Klątwa z reguły ma okropny skutek. Poddany jej działaniu człowiek rzeczywiście ubożeje, choruje, ślepnie... zależnie od treści wypowiedzianych słów. Na przykład francuski pianista Dupois przeklęty przez celtyckiego kapłana stracił władzę w palcach dłoni w czasie koncertu. Lekarze nie mogli zdiagnozować żadnego schorzenia, gdyż ręce pianisty były całkowicie zdrowe i sprawne, dopóki nie siadał on do fortepianu i nie próbował grać.

Dzisiaj wiemy już, że ma to związek z reakcją podświadomości, dla której klątwa jest równoznaczna z wydaniem wyroku. Słowa klątwy stają się kodem, który zaczyna się realizować. Dzisiaj klątwom łatwiej się oprzeć, bo znając białą magię, możemy wykonać rytuał ochronny i oczyścić podświadomość z negatywnych przekonań, zanim zaczną one realizować się w materii.

Jako przykład niech posłuży historia opowiedziana przez nieżyjącego już dzisiaj twórcę metody doskonalenia umysłu Jose Silvę. Zwiedzał on kiedyś wyspy leżące u wybrzeży Ameryki. Żyjący tam ludzie zachowali tradycje plemienne i szacunek oraz głęboka wiarę w moc czarowników. Przypadek sprawił, ze Jose Silva trafił do wioski, gdzie umierał człowiek przeklęty przez szamana. Mężczyzna ten po usłyszeniu klątwy, po prostu położył się do łóżka i zaczął umierać. Jego ciało w ślad za psychiką wykonywało posłusznie „rozkaz” wydany za pośrednictwem przekleństwa. Ponieważ Jose Silva był już w owym czasie znany na obu półkulach, postanowił wykorzystać swoją popularność. Wszedł do chaty, w której umierał ów człowiek i powiedział mniej więcej takie słowa: „Jestem Wielkim Szamanem, największym na świecie. Moja potęga jest o wiele większa niż siła twojego czarownika. Zdejmuję z ciebie klątwę i nakazuję ci wrócić do zdrowia.” Wypowiedź ta sprawiła, że ów bliski już śmierci człowiek zaczął zdrowieć i w przeciągu kilku dni wstał z łóżka i wrócił do swoich normalnych zajęć. Nikt nie ma wątpliwości – i nie miał ich również sam mądry Jose Silva – że nie zadziałała tu żadna inna magia, poza magią słów.

Wracając znów do czasów zamierzchłych, znany jest przypadek celtyckiej czarownicy, która w odpowiedzi na wyrządzona jej krzywdę, przeklęła jednego z możnych panów, życząc mu wygaśnięcia jego męskiej linii. Klątwa dosięgła oprawcę. Przez kilka pokoleń w tym rodzie przychodziły na świat wyłącznie dziewczynki, a kiedy po latach urodził się chłopiec – zmarł jako niemowlę. Inna celtycka klątwa rzucona na szkockiego regenta sprawiła, że spłonęła mu bogata rezydencja, a na świat przychodziły wyłącznie niewidome dzieci. Ten ród także szybko wygasł. Pojawia się pytanie o tajemniczy mechanizm, który sprawia, że klątwa działa także na kolejne pokolenia oraz na przedmioty. Tu już trudno podejrzewać działanie wyłącznie podświadomości. Badacze zjawisk paranormalnych wiele lat spędzili dociekając, jak to się dzieje. Doszli do wniosku, że istotę stanowią tzw. „myślokształty”. Ich zdaniem myśl zasilona energią ogromnego cierpienia wchodzi w strukturę atomową domów, murów, a także w bioenergię ofiary. Potem najprawdopodobniej zostaje przekazana potomstwu i zagnieżdża się na stałe w ich genach, opanowując w ten sposób losy całej rodziny i kolejnych pokoleń. Klątwa zanika, gdy wyczerpie się ta energia pierwotnego „myślokształtu”. Warto jednak przy tym wziąć pod uwagę, ze głęboka wiara w przekleństwo i związany z nim lęk są pożywką wzmacniającą ów „myślokształt” i na bieżąco zasilają go energią, nie pozwalając mu na zniknięcie.

W Laboratorium Zjawisk Paranormalnych we Lwowie przeprowadzono pewne doświadczenie z nasionami rzeżuchy. Przez kilka minut dwie osoby wykrzykiwały pod adresem ziarenek najgorsze przekleństwa. Kiedy potem poddano nasiona badaniu, okazało się, ze otrzymały one dawkę promieniowania o mocy 40 tysięcy rentgenów! Większość nasion obumarła, pozostałe stały się mutantami. Warto przypomnieć sobie ten eksperyment, kiedy mamy ochotę w gniewie miotać na kogokolwiek przekleństwa. Co prawda człowiek jest dużo większym i silniejszym organizmem niż ziarenko rzeżuchy, niemniej „kropla drąży skałę”. Poza tym wszystkie żywe organizmy funkcjonują według takiego samego programu, a kod genetyczny człowieka jest równie podatny na uszkodzenie jak kod roślin, na których przeprowadzano doświadczenia. Nic zatem dziwnego, że ludzie przebywający w nieprzychylnym dla nich towarzystwie, znoszący ciągłe poniżanie, krzyki i złośliwości są nie tylko zamknięci w sobie i nieszczęśliwi, ale także chorują na poważne dolegliwości fizyczne.

Badania przeprowadzone w Laboratorium wykazały, że słowa są w stanie zmienić budowę wody, a przecież ciało ludzkie w 90% złożone jest z tego właśnie składnika. Energia przekleństwa może zamienić poczciwe H2O w trujący napój, a z kolei błogosławieństwo i modlitwa czyni z niej lekarstwo. I w ten sposób przechodzimy do bardziej pozytywnego aspektu magicznego oddziaływania słowa. Skoro energia zawarta w słowach może zmienić kod genetyczny człowieka na negatywny, to może także zmienić go w sposób przez nas pożądany. Nasuwa się myśl, że słowo może naprawiać i uzdrawiać...

Podstawowymi technikami wykorzystującymi słowo jako nośnik dobrej energii są modlitwa, afirmacja i mantra. Pełne wiary odmawianie modlitwy jest równoznaczne z napełnianiem całego pomieszczenia dobrą energią. Badania przeprowadzone w Laboratorium nad chorymi nasionami pszenicy, nad którymi przez długi czas odmawiano litanie i inne pacierze, pokazały, ze nasiona wzmocniły się i wykiełkowały jakby były zupełnie zdrowe. Zatem słowo jako nośnik energii nie odbiega w tym wypadku od efektu jaki osiągnęlibyśmy, poddając nasiona działaniu bioenergii czy Reiki.

Afirmacja, czyli twierdzenie o pożądanym przez nas stanie czy sytuacji, koduje w podświadomości to, czego pragniemy. Podparta głęboką wiarą pomaga przekształcić negatywy w pozytywy. Zbudowana jest ze zwykłych codziennie używanych słów. Jej znaczenie opiera się na pozytywnym sensie wypowiedzi. Warto nie tylko myśleć pogodnie, ale i swoje wypowiedzi kształtować tak, aby przyciągały do nas tylko dobro.

 Mantra natomiast związana jest z magią dźwięku, z którego zbudowane są słowa. Powtarzanie lub śpiewanie określonych wyrazów powoduje, że umysł przechodzi w specyficzny stan wyciszenia i odprężenia. Badania przeprowadzone na ludziach odmawiających mantry wykazały, że w tym czasie zmienia się elektryczna oporność skóry, następuje spowolnienie akcji serca, wzrasta przepływ krwi przez mięśnie. EEG wykazuje, że w ciągu kilkunastu sekund wymawiania mantr zmieniają się całkowicie funkcje mózgu. Nic zatem dziwnego, ze są one najpopularniejszym środkiem wykorzystywanym w praktykach prowadzących do osiągnięcia oświecenia.

Naukowcy uważają, że cywilizacje, które bazują na sanskrycie są w stanie osiągać inne stany świadomości, korzystając ze specyfiki tego języka. Podobno teksty duchowych praktyk napisane w sanskrycie samą melodycznością, kolejnością następowania samogłosek i innych poszczególnych dźwięków poszerzają zdolności ludzkiego umysłu. Najpopularniejsza mantra „OM” jest podobno dźwiękiem towarzyszącym początkom istnienia wszechświata. Jej uzdrawiający, uspokajający wpływ jest powszechnie znany. Wystarczy śpiewać ją przez kilka minut w stanie rozluźnienia i pozwalać, by głoska „m” wibrowała w każdej komórce, a na pewno poczujemy, jak ta wibracja odświeża i wzmacnia całe nasze ciało.

Sylaba „OM” wchodzi w skład wielu mantr stosowanych w religiach Wschodu. Praca z mantrą współczucia „OM MANI PEME HUNG” chroni przed wszelkimi negatywnymi wpływami oraz przed chorobami. Buddyści wierzą, ze każda z sylab ma wielką moc przeobrażania różnych aspektów naszej istoty, transformując dumę, zazdrość, pożądanie, chciwość, głupotę i gniew w najwyższą mądrość. Mantra Buddy Padmasambhawy „OM AH HUNG BENDZA GURU PEMA SIDDHI HUNG” w swoich dwunastu potężnych sylabach niesie błogosławieństwo dwunastu rodzajów nauk Buddy, będących istotą 84 000 pism – wyrecytowanie jednej mantry jest zatem równoważne błogosławieństwu, jakie przynosi praktyka wszystkich nauk Buddy. Dla buddystów mantra ta jest emanacją samego Padmasambhawy, który pojawia się w formie dźwięku i w swoim niezmierzonym współczuciu otacza opieką wzywające jego pomocy istoty.

Zarówno antropolodzy, jak i neurolodzy czy psycholodzy są zgodni, że struktura mózgu odpowiadająca za wypowiadany dźwięk jest jednakowa u wszystkich ludzi na świecie niezależnie od rasy czy kultury. Zatem magiczne działanie słów może być stosowane przez każdego człowieka i mieszkańcy Zachodu z powodzeniem mogą wypowiadać buddyjskie mantry, osiągając dzięki temu stan wyciszenia i koncentracji.

Ezoterycy, korzystając z tej informacji, opracowali własne „słowa mocy”, które maja pomagać ludziom w osiąganiu różnych stanów psychicznych i fizycznych. Jednym z takich magicznych słów jest „LOTOS” – w sanskrycie „padma” lub „pema”, który wchodzi w skład podanych powyżej buddyjskich mantr. Systematyczne i częste powtarzanie słowa „LOTOS” połączone z wyobrażaniem sobie ukochanej osoby lub upragnionej sytuacji, zapewnia człowiekowi połączenie z tą osobą lub pojawienie się wymarzonej rzeczy. Kolejnym słowem zapewniającym powodzenie i osiągnięcie sukcesu jest słowo „SZCZYT”. Sugerowana wizualizacja to opromieniony słońcem szczyt pięknej góry. To słowo ma moc potęgowania wiary w siebie i gromadzenia siły do osiągnięcia sukcesu. Słowem sprzyjającym sprawom finansowym jest słowo „DOBROBYT”, które często powtarzane razem z wizją pełnego portfela zapewnia przypływ gotówki.

Słowa są nośnikiem energii, jakie staramy się w nie włożyć. Na to nakłada się niewątpliwie energia dźwięku. Jeśli uwierzymy, jak wielką siłę zawierają w sobie wypowiadane przez nas wyrazy, okaże się, że mamy przy sobie kolejne znakomite narzędzie, dzięki któremu przyciągamy do siebie wszystko, czego pragniemy. Zacznijmy zatem zwracać uwagę na to, co mówimy. Zamiast skarżyć się codziennie: „taka jestem zmęczona, tak źle się czuję, takie to wszystko drogie”, proponuję powtarzać od rana do wieczora: „opływam w dobrobyt, mam fart na każdym kroku, świetnie się czuję, świat jest piękny”. Po paru tygodniach będziemy zaskoczeni korzystnymi zmianami, jakie pojawią się w naszym

Jam jest!

To najważniejsza prawda, od której należy zacząć wędrówkę. Jesteś sam, kiedy przychodzisz na świat. I choć mama twoja z całej siły pomaga ci wydostać się z ciepłego gniazdka, choć wspierają ją akuszerki i lekarze, to jednak jest to twój pierwszy wielki wysiłek, w którym nikt cię nie wyręczy. Jesteś sam w każdym momencie życia: kiedy idziesz do szkoły, kiedy stłuczesz kolano, kiedy występujesz publicznie, kiedy przeżywasz orgazm i kiedy wyznajesz miłość. Kiedy stoisz nad jeziorem i z zadumą patrzysz jak lekki wiatr marszczy powierzchnię wody – jesteś sam. Kiedy z zachwytem oglądasz wschód słońca nad morzem i purpurowo-złote blaski wyzłacają twoją duszę – jesteś sam. Kiedy z wysiłkiem zdobywasz kolejny szczyt i zatrzymujesz się, by spojrzeć za siebie na przebytą trasę – jesteś sam. Nawet jeśli nie żyjesz w pustelni i cały czas otaczają cię ludzie, to i tak każde doświadczenie jest tylko twoje. To ty przeżywasz ból, radość i spełnienie. To wszystko są wyłącznie twoje uczucia. Najbardziej współczująca i bliska ci osoba nie przeżyje za ciebie twojego życia, choćby i tak nic godnego uwagi nie miała do roboty. Nawet, kiedy siedzisz na fotelu u dentysty i ktoś kochający trzyma cię za rękę, to chociaż cię wspiera psychicznie – nie przejmie na siebie twojego bólu, ani nie ujmie ci go choćby w połowie.

Kiedy przychodzi kres życia – także jesteś sam i sam przechodzisz „na drugą stronę”. Pięknie jest, gdy ktoś bliski w tym trudnym momencie trzyma cię za rękę, ale jak rzadko to się zdarza w czasach, gdy większość z nas umiera w szpitalach lub ginie niespodziewanie w wypadkach drogowych. W kulturze buddyjskiej panuje przekonanie, że całe życie jest przygotowaniem do śmierci i jeśli przeżyjemy je właściwie, to w tej ostatecznej chwili jesteśmy w stanie nawet osiągnąć Oświecenie. Buddyści za największe szczęście poczytują sobie obecność zaawansowanego duchowo Lamy, który w chwili śmierci przeprowadza delikwenta do bezpiecznego miejsca, do „Krainy Wiecznej Szczęśliwości”, pomagając ominąć pułapki, za którymi ukrywają się drzwi do piekieł. W innych tradycjach mówi się o Aniołach, Opiekunach bądź też zmarłych wcześniej krewnych, którzy wychodząc naprzeciw zmarłemu prowadzą go we właściwym kierunku. Tak czy owak – ten moment też każdy z nas musi przeżyć sam i samotnie stanąć oko w oko z Władcą Śmierci.

Zatem przyjmij za punkt wyjścia, że jesteś tutaj przede wszystkim SAM. Nie określaj tego jednak samotnością, bo mam nadzieję, że w życiu towarzyszy ci rodzina, przyjaciele, zwierzęta, które przygarnąłeś i wykarmiłeś. Może wychowujesz własne dzieci, a może jesteś nauczycielem przygotowującym całe rzesze młodych ludzi do samodzielnej egzystencji. I właśnie samodzielność jest tym słowem, które powinno wibrować obok ciebie jak najczęściej. Żyjąc wśród ludzi, wspierając ich, kochając, darząc przyjaźnią nie zapominaj nigdy, że żyjesz tutaj DLA SIEBIE, DLA WŁASNEGO ROZWOJU, a wszyscy, których spotykasz pomagają ci na twojej ścieżce. Pomagają, inspirując, sugerując, wymuszając, prosząc, nakłaniając... Nikt z nich jednak za ciebie nie przejdzie twojej drogi, chociaż każdy może choć na chwilę stać się twoim najważniejszym nauczycielem i przewodnikiem. Kiedy jednak wypełni tą misję – pójdzie dalej obranym traktem, a ty zostaniesz na swojej ścieżce. Nawet małżonkowie idący przez życie razem od 50 lat są odrębnymi istotami. I choć łączy ich wiele podobnych zainteresowań, choć patrzą często w tym samym kierunku i wspólnie podjęli setki decyzji – w ostatecznym rozrachunku każde z nich rozlicza się wyłącznie z własnych dokonań, z własnych uczuć i myśli, z samodzielnie dokonanych wyborów i ocen...

Zatem choć otaczają cię tłumy, tak naprawdę jesteś sam ze swoim bólem lub ze swoja rozkoszą. Wszyscy są obok, ale nie w Tobie. Nikt nie wejdzie w Twoje ciało i nie wyniesie z niego tego, co cię dręczy, choć rozmowa z przyjacielem lub terapeutą może przynieść ulgę, może pokazać najlepsze, najwygodniejsze rozwiązanie. Podobnie, kiedy łącząc się z ukochaną, kochasz ją i pieścisz, sam przeżywasz swoją ekstazę, a ona swoją. I każde z was czuje coś innego, co można sobie nawzajem zaledwie opowiedzieć, opisać, ale czego tak naprawdę nigdy nie dotkniesz. Jeśli lubisz być sam, jeśli cisza najbardziej cię cieszy, jeśli wybierasz najczęściej towarzystwo wiatru, drzew i ptaków – być może szybciej zrozumiesz, że jesteś tu i jesteś sam, a inni są gdzieś ... obok, w swoim świecie w swoim „sam”. Prawdopodobnie dlatego mistrzowie wielu tradycji podkreślają, że samotna codzienna medytacja na łonie przyrody zbliża do Oświecenia. Bo tylko wtedy czujesz naprawdę nie tylko pełną jedność z całym Wszechświatem, ale i swoje „sam”, które w bardziej patetycznym wydaniu brzmi „JAM JEST”.

Paradoksalnie do tego nie lubimy być sami. Większość z nas lubi mieć obok siebie kogoś drugiego, choćby i po to, aby zbiorowo odpowiadać. Kiedy urwis chce uciec z lekcji na wagary z reguły szuka wspólnika. We dwoje raźniej i kara rozłożona na dwoje jakby mniej boli... Widziałam niejednokrotnie jak małe dziewczynki na basenie biorą się za ręce zanim na „trzy-czte-ry” wskoczą do wody. Trzymanie kogoś drugiego, ciepły uścisk ręki daje złudne wrażenie „przedłużenia” naszej osoby na tą drugą. Strach przed zanurzeniem w zimnej wodzie od razu jest mniejszy, tak jakby został podzielny na dwa kawałki. Tym samym bywają związki – w pewnym sensie daje to poczucie wspólnoty: wspólny dom, wspólne dzieci, wspólne kredyty i wspólna odpowiedzialność za wszystko, co w trakcie życia wyniknie. „Razem na dobre i złe” – powtarzamy magiczną formułę, choć niekoniecznie dotrzymujemy tej zasady. Najważniejsze jest, aby być z kimś, móc oprzeć się na kimś, zrzucić na niego część odpowiedzialności lub po prostu wtulić się w tą drugą osobę i czerpać siłę ze świadomości, że nie jest się samotnym...

Myśliciele dorobili już do tego całą filozofię, streszczającą się w stwierdzeniu „szczęście jest wartością, która się mnoży, gdy się ja dzieli”. Silny impuls pcha nas ku innym ludziom, nawet wtedy, kiedy kontakt z drugim człowiekiem nie jest nam potrzebny. Oto jest niepowtarzalna okazja by posiedzieć w domu w ciszy i zająć się medytacją, próbą wglądu w siebie, próbą dotknięcia swojej duszy. Ale ty natychmiast zrywasz się i dzwonisz do jednej a potem do drugiej koleżanki, zapraszasz kogoś na kawę albo sama biegniesz między ludzi. Tam gdzie jest tłum, gwar, hałas i gdzie osoba początkująca na duchowej ścieżce nigdy nie usłyszy swojego wewnętrznego głosu. Nie jest to paradoks, bo bycie na ziemi zasadza się na zrozumieniu SIEBIE i swojego życia, swoich lekcji, a odnalezienie głównego nurtu własnego rozwoju jest zależne od tysięcy zewnętrznych wrażeń. Niemniej bycie samemu kojarzy się nieodparcie z samotnością, a ta z kolei jest czymś negatywnym, złym, godnym potępienia. Dlaczego wobec tego Mistrzowie Duchowi osiągają Oświecenie medytując samotnie w jaskiniach lub przebywając na wieloletnich odosobnieniach?

Żyjesz wśród ludzi i Twój stosunek do nich jest niesłychanie ważny, kiedy dokonujesz różnych ważkich wyborów. Niemniej uświadomienie sobie ważności siebie, swojej osoby, swojego celu życiowego jest niezbędne, aby sensownie i dobrze przeżyć swoje życie. Nie możesz żyć dla innych, bo żyjesz tu przede wszystkim dla siebie. Jeśli ty nie skupisz się na sobie i swoim rozwoju, to nikt inny tego za ciebie nie zrobi. Jeśli ty nie nauczysz się jak żyć, aby w chwili śmierci nie żałować żadnego dnia, to nie pomogą ci najlepsi przyjaciele, bo nie przeżyją twojego istnienia za ciebie. Ale nie możesz też ignorować innych ludzi, bo tylko przeglądając się w zwierciadle ich zachowań możesz w pełni kształtować swój najdoskonalszy obraz. Szukaj zatem złotego środka, czegoś, co jest midpunktem pomiędzy troską o drugiego człowieka a zdrowym dbaniem o siebie. Bądź asertywny w określaniu i wyrażaniu swoich potrzeb, nie ignorując potrzeb innych ludzi, ale i nie poświęcając się dla nich. Zawsze i wszędzie pamiętaj, że celem nadrzędnym jest kształtowanie siebie, odszukanie swojego Jam jest.

Twoje życie to teatr jednego aktora, a wszystko co cię otacza, to dekoracje, mające za zadanie uruchamiać w tobie całą twoją ekspresję, całe emocjonalne bogactwo. Wszystkie wydarzenia to impulsy poruszające twoje serce i umysł, zmuszające do ciągłych wyborów. Natomiast postacie pojawiające się na scenie, to tylko twoje własne odbicia w różnych i różnie umieszczonych lustrach. Niektóre z nich są krzywe i pokazują twoje zniekształcone skrzywione oblicze, inne pochlebiają ci, ukrywając nieświeżą cerę i zmęczone oczy... I tak jak lustra, wszystkie te postacie są cząstką ciebie samego, są wizją twoich uczuć, twojego wnętrza...

Uzmysłowienie sobie własnego „jam jest” w bezkresie życia, własnej pojedynczej odpowiedzialności wśród tłumów innych ludzi jest podstawą każdego rozwoju. I choć rozwój może różnie przebiegać, to jednak faktem niezaprzeczalnym jest, ze każdy człowiek czegoś pragnie, do czegoś dąży, choćby to miała być tylko butelka zimnego piwa czy wczasy w Turcji. A jeśli pojawia się pragnienie, to natychmiast rodzi się szukanie sposobów na osiągnięcie celu. Szukanie zaś zawsze jest formą rozwoju: materialnego poprzez zdobywanie pieniędzy, umysłowego – przez naukę lub duchowego, kiedy nasze cele sięgają innych wymiarów bytu.

Jeśli już wiesz, że dla ciebie najważniejszy jest TWÓJ ROZWÓJ i TWOJE POSZUKIWANIE możesz na krotki czas skupić się wyłącznie na sobie. Nie namawiam cię do egoizmu. Przekonasz się bowiem, ze skupiając się na sobie, wzmacniasz świat. Dopiero kochając siebie, potrafisz naprawdę kochać innych ludzi, a tylko pomagając sobie, pomagasz innym i zmieniając siebie – wpływasz na zachowanie otaczających cię postaci. Jedną z najważniejszych zasad kosmicznych jest zasada lustra. I podobnie jak stojąc przed lustrem wygładzasz, upinasz rozczochrane włosy i jednocześnie obserwujesz, jak poprawia się twój wygląd widoczny w szklanej tafli, tak też i w codziennej egzystencji – cokolwiek poprawisz w sobie, będzie to rzutowało na twoje życie. Oto największa tajemnica Magii Istnienia. Będąc aktorem monodramu, możesz także być reżyserem rozgrywanej przez siebie sztuki.

  Bogusława Andrzejewska

 

Magia Istnienia | Aktualności | Szkolenia | Lektury | Reiki | Prognoza | Najpiękniejsze | Buddyzm | Eseje | Tarot | Magia Drzew | Duchy Natury | Biała Magia | Magia Księżyca | Kamienie szlachetne

| Poezja | Agora poetycka | Poezja Miłosna | O mnie | Rekomendacje

 

powrót na strone główną